Ach, kobiety!
Nasze matki i żony.
Czyjeś – bo przecież nie nasze – kochanki.
Prawdziwe przyjaciółki. Z sercami pełnymi ciepła, zrozumienia i miłości.
Natchnienie pisarzy, muzy artystów, opętanie szaleńców.
Rozpalające zmysły i budzące tęsknotę za tym, co niewypowiedziane.
Inspirujące charyzmą, wewnętrzną siłą, pięknem duszy. Motywujące.
Bez nich świat byłby czarno-biały i nie miałby sensu.
Kobiety piękne i kobiety – szare myszki.
Mądre, czasami naiwne, o oczach zamglonych uczuciami.
Tak bardzo niedoceniane…
Często bite, poniżane, gwałcone – sprowadzone do roli przedmiotu.
Zależne od mężczyzn, pozbawione głosu i szacunku.
Wykorzystywane.
Pogardzane.
Niewidzialne.
Obarczane winą za cudze błędy.
W dawnych wierzeniach i religiach – uosobienie zła.
Czarownice!
Biblijna Ewa – przyczyna grzechu i wszystkich późniejszych nieszczęść?
Rzadko dopuszczane do władzy.
A nuż potrafiłyby rządzić lepiej, sprawiedliwiej i podejmowałyby lepsze decyzje od napakowanych testosteronem samców z wybujałym ego?
Upojonych władzą dyktatorów.
Ważnych.
Dumnych.
Żałosnych!
Może, gdyby rządziły, nie byłoby wojen, zabijania w imię chorych idei?
Świat byłby prostszy, a mężczyźni staliby się lepsi?
Na palcach rąk można policzyć złe kobiety u władzy, jak Katarzyna II, czy Krwawa Mary Tudor.
Psychopatycznych tyranów były i są nadal tysiące!
To nie kobiety były przyczyną wojen i one nie wywoływały konfliktów, jak pisali Homer, Wergiliusz czy Marquez.
To głupota i pycha mężczyzn!
Gdyby mężczyźni rodzili dzieci, ludzkość by wyginęła.
Smutny banał: mężczyzna nie przyzna, że kobieta jest od niego bystrzejsza, lub że jest lepszym kierowcą.
Kobiety – pochylam przed wami głowę z szacunkiem.
Matriarchat biorę w ciemno!
Chyba straciłem właśnie kilku kumpli…